Ja tu powoli kończę 3. rozdział, a za oknem wielki pająk poluje. W każdym razie postanowił sobie posiedzieć na środku pajęczyny. Zauważyłam go, jak się popatrzyłam na okno, zastanawiając się, dlaczego ta stonka, co ma teraz wakacje, liczy po niemiecku skoki na skakance... Przez chwilę się bałam, że jestem w Opolu. Ale nie, to ciągle Mordor.
No więc kończę sobie ten 3. rozdział, w którym jak na razie głównymi bohaterami są Jerzy Pilch - Mistrz Ciętej Riposty i Klaun-Szyderca w jednej osobie (co chwila się zaśmiewam z jego recenzji...) oraz Gwido Zlatkes, który ma tak dziwne nazwisko, że ciągle chce mi się je przekręcić i napisać Zlateks. Mam chociaż nadzieję, że nie śmigał w lateksowych wdziankach. Bo wierszydła pisał dość dziwaczne, np. zamieścił w jednym taką metaforę nie-wiem-czego: Przeciągle, milkliwie pierdzimy... Że powtórzę za recenzentem: jak można milkliwie pierdzieć?? W innym zresztą stwierdził, że nie wolno mu już pisać. Szkoda, że nie posłuchał sam siebie. Albo i nie szkoda, bo MET nie napisałby recenzji i o czym ja bym pisała pracę?
A poza tym to się popsuł fotel taty i mnie teraz przechyla na lewo. Jak napiszę lewy rozdział, to będzie na kogo zwalić :P
sobota, 5 lipca 2008
środa, 2 lipca 2008
mgr przed nazwiskiem - bezcenne?
A tak w ogóle to kolekcja moich własnych "brulionów" liczy obecnie sztuk 7, no i ten pożyczony też jeszcze przetrzymuję. W sumie 8 zeszytów z 23, jakie się ukazały, czyli trochę jakby nie za dużo. No i w związku z tym na ksero wydałam gdzieś tak w okolicy 100zł, do tego 2x po 17 zł z groszami za pociąg do O. i z powrotem. Ksero 100zł, bruliony coś koło 150zł, inne książki jakieś 50zł... Oprawa pracy w 3 egzemplarzach, wersja na płycie CD, zdjęcia, dyplom, dyplom po angielsku, kwiaty dla promotora i recenzenta... Trochę trzeba wydać, żeby zostać magistrem. A wtedy można już płacić za całe bilety w pkp i tramwaju.
no dobra, napiszę...
Niektórzy się skarżą, że nic nie piszę, to niech mają (pozdrowienia dla Wojtka K. :P).
Panika z przełomu marca i kwietnia zaowocowała tym, że już w czerwcu zaczęłam pisać na poważnie(j). Wszystko przez zakładowyścig z Piotrem Sz. ;) co prawda termin zakończenia wyścigu - i w założeniu skończenia pierwszej wersji CAŁEJ pracy - przesuwaliśmy już ze 3 czy nawet 4 razy, ale ciągle się ścigamy. Od kiedy zaczęliśmy całe dwa razy widziałam się z panią promotor, która nie dość, że przeczytane fragmenty zaakceptowała, to jeszcze wymyśliła ze 3 czasopisma, do których mam wysłać tekst (jak już skończę, oczywiście) w celu upublicznienia swoich "badań". A ja mam 2 i pół rozdziału plus wstęp, razem 4o stron. Jeszcze 20 i minimum wyrobione. Z tym, że coś mi się wydaje, że może wyjść ciut więcej... Rekord to chyba 6 stron jednego dnia. Ostatnio tempo jakby mniejsze, bo a to się okazało, że nie ma 10. numeru "brulionu" w całym Wrocławiu (tzn. regałów ludziom po domach nie przetrząsałam, może i ktoś we wro ma ten numer, w każdym razie nie czytelnie), a to Daga wychodzi za mąż i trzeba jej zorganizować wieczór panieński...
A z "brulionem" nr 10 była przygoda. Przygoda polegała na tym, że najpierw chciałam wysłać Dagę do Jagiellonki, potem Artura do Biblioteki Narodowej, w końcu wysłałam siebie ze Stiopą do biblioteki uniwersyteckiej w Opolu. BU w Opolu - brzmi dumnie. Szkoda, że w czytelni głównej nic nie załatwiłam, choć katalog tej czytelni zamieszczony w internecie informuje, że mają "mój" brulion u siebie. Nie, nie, nie. Mają w O., ale w Międzyinstytutowej Bibliotece Politologii, Socjologii, Filozofii w Collegium Civitas (CC to dopiero brzmi dumnie... żeby nie powiedzieć: pretensjonalnie). No więc poszliśmy tam, po drodze podziwiając wielką głowę Olbrychskiego w czapce z futra na ścianie akademika "Kmicic". Ciekawe, co powiesili na "Niechcicu"? I kto wymyślił tak durne nazwy dla akademików? No ale nic, mijamy Kmicica vel Babinicza i idziemy do Collegium Civitas. Czytelnia nawet łatwo znajdywalna. Wypisałam elegancko rewers, sygnatura się zgadza, wszystko cacy, tylko "brulion" w magazynie, a pani w czytelni sama jedna i nie może wyjść do magazynu zrealizować zamówienia, bo nie może zostawić czytelni samej. Ręce opadają ze świstem... Tyle dobrego, że obiecała mi, że jak wrócę za kilka dni, to zamówienie będzie na mnie czekać. I nawet nie skłamała. Jednak postanowiłam nie jeździć do Opola po próżnicy i zanim skorzystałam z usług PKP, zadzwoniłam do czytelni upewnić się, że mam po co korzystać. "brulion" był, ksero też i to nie za 40gr jak w BUWr, tylko 12gr za stronę A4. Cały trik polega na tym, że ksero jest samoobsługowe, a na polonistyce nie uczą obsługi maszyn biurowych. Chwilę potrwało, zanim wyczailiśmy ze Stiopą, jak się powiększa skalę kopii. Wpuścić humanistów do biura...
No i wycieczki do Opola tak mnie jakoś wybiły z rytmu, że tempo się zmniejszyło i trzeba się rozpędzić od nowa.
To by było na tyle.
Panika z przełomu marca i kwietnia zaowocowała tym, że już w czerwcu zaczęłam pisać na poważnie(j). Wszystko przez zakładowyścig z Piotrem Sz. ;) co prawda termin zakończenia wyścigu - i w założeniu skończenia pierwszej wersji CAŁEJ pracy - przesuwaliśmy już ze 3 czy nawet 4 razy, ale ciągle się ścigamy. Od kiedy zaczęliśmy całe dwa razy widziałam się z panią promotor, która nie dość, że przeczytane fragmenty zaakceptowała, to jeszcze wymyśliła ze 3 czasopisma, do których mam wysłać tekst (jak już skończę, oczywiście) w celu upublicznienia swoich "badań". A ja mam 2 i pół rozdziału plus wstęp, razem 4o stron. Jeszcze 20 i minimum wyrobione. Z tym, że coś mi się wydaje, że może wyjść ciut więcej... Rekord to chyba 6 stron jednego dnia. Ostatnio tempo jakby mniejsze, bo a to się okazało, że nie ma 10. numeru "brulionu" w całym Wrocławiu (tzn. regałów ludziom po domach nie przetrząsałam, może i ktoś we wro ma ten numer, w każdym razie nie czytelnie), a to Daga wychodzi za mąż i trzeba jej zorganizować wieczór panieński...
A z "brulionem" nr 10 była przygoda. Przygoda polegała na tym, że najpierw chciałam wysłać Dagę do Jagiellonki, potem Artura do Biblioteki Narodowej, w końcu wysłałam siebie ze Stiopą do biblioteki uniwersyteckiej w Opolu. BU w Opolu - brzmi dumnie. Szkoda, że w czytelni głównej nic nie załatwiłam, choć katalog tej czytelni zamieszczony w internecie informuje, że mają "mój" brulion u siebie. Nie, nie, nie. Mają w O., ale w Międzyinstytutowej Bibliotece Politologii, Socjologii, Filozofii w Collegium Civitas (CC to dopiero brzmi dumnie... żeby nie powiedzieć: pretensjonalnie). No więc poszliśmy tam, po drodze podziwiając wielką głowę Olbrychskiego w czapce z futra na ścianie akademika "Kmicic". Ciekawe, co powiesili na "Niechcicu"? I kto wymyślił tak durne nazwy dla akademików? No ale nic, mijamy Kmicica vel Babinicza i idziemy do Collegium Civitas. Czytelnia nawet łatwo znajdywalna. Wypisałam elegancko rewers, sygnatura się zgadza, wszystko cacy, tylko "brulion" w magazynie, a pani w czytelni sama jedna i nie może wyjść do magazynu zrealizować zamówienia, bo nie może zostawić czytelni samej. Ręce opadają ze świstem... Tyle dobrego, że obiecała mi, że jak wrócę za kilka dni, to zamówienie będzie na mnie czekać. I nawet nie skłamała. Jednak postanowiłam nie jeździć do Opola po próżnicy i zanim skorzystałam z usług PKP, zadzwoniłam do czytelni upewnić się, że mam po co korzystać. "brulion" był, ksero też i to nie za 40gr jak w BUWr, tylko 12gr za stronę A4. Cały trik polega na tym, że ksero jest samoobsługowe, a na polonistyce nie uczą obsługi maszyn biurowych. Chwilę potrwało, zanim wyczailiśmy ze Stiopą, jak się powiększa skalę kopii. Wpuścić humanistów do biura...
No i wycieczki do Opola tak mnie jakoś wybiły z rytmu, że tempo się zmniejszyło i trzeba się rozpędzić od nowa.
To by było na tyle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)