niedziela, 7 grudnia 2008

no i już po :)

W końcu się udało. Po kilku przygodach z drukowaniem złożyłam 3 egzemplarze pracy w dziekanacie. Za 10 dni będę już panią magister. Tadam!

Za to do listy wydatków można dodać ponad 170 zł wydane na drukowanie i oprawianie pracy...

poniedziałek, 3 listopada 2008

mdłości - c.d.

Dalej idzie jak po grudzie, a jedyna różnica jest taka, że teraz to już końcówka 4. rozdziału. Czyli zostało jeszcze trochę liczenia procentów, rysowania diagramów, zgrabne podsumowanie i można oddać wypociny do oprawy. Niestety, ta chwila chyba nie jest tak blisko, jak ze 2 tygodnie temu mi się wydawało...
Za to niepokojące objawy się nasilają. Nie mogę już patrzeć na papiery, które mam do opisania. Otwieraniu pliku z 4. rozdziałem towarzyszą mdłości i w ogóle głowa pęka od tego wszystkiego.
Nie chce mi się, mam już dość. Szczególnie, że osiągnięcie tytułu mgr niewiele może w moim życiu zmienić. Zawsze miałam problem z doprowadzaniem do końca długoterminowych spraw, ale tempo pisania tej pracy to już nawet mnie zadziwia.
Dobra, zaciskam zęby i może się uda skończyć w tym tygodniu...

poniedziałek, 15 września 2008

jak po grudzie

Jak widać prowadzenie tego bloga idzie mi równie gładko jak pisanie pracy magisterskiej. ;) No cóż... Przebrnęłam właśnie przez najbardziej znienawidzony fragment, o JP2, czyli raczej nie moja bajka. Tak czy inaczej napisałam o tym 11 stron i basta! I do tego tak się cieszę, że skończyłam ten rzygogenny fragment, że aż postanowiłam coś na blogu napisać.
Oczywiście w tzw. międzyczasie (między pisaniem kolejnych fragmentów tych najdłuższych wypocin ever) zrobiłam sobie wakacje, a poza tym zajęłam się tysiącem różnych nie bardzo potrzebnych rzeczy. Jak na przykład zdobywaniem wizy amerykańskiej ;P
Poza tym remont łazienki i kuchni na Uniwersyteckiej ciągnie się w nieskończoność, a syf w mieszkaniu skutecznie zniechęca do robienia czegokolwiek.
To na razie tyle, wracam do brulionowych skandali z lat 90.

sobota, 5 lipca 2008

rozdział 3: recenzje

Ja tu powoli kończę 3. rozdział, a za oknem wielki pająk poluje. W każdym razie postanowił sobie posiedzieć na środku pajęczyny. Zauważyłam go, jak się popatrzyłam na okno, zastanawiając się, dlaczego ta stonka, co ma teraz wakacje, liczy po niemiecku skoki na skakance... Przez chwilę się bałam, że jestem w Opolu. Ale nie, to ciągle Mordor.
No więc kończę sobie ten 3. rozdział, w którym jak na razie głównymi bohaterami są Jerzy Pilch - Mistrz Ciętej Riposty i Klaun-Szyderca w jednej osobie (co chwila się zaśmiewam z jego recenzji...) oraz Gwido Zlatkes, który ma tak dziwne nazwisko, że ciągle chce mi się je przekręcić i napisać Zlateks. Mam chociaż nadzieję, że nie śmigał w lateksowych wdziankach. Bo wierszydła pisał dość dziwaczne, np. zamieścił w jednym taką metaforę nie-wiem-czego: Przeciągle, milkliwie pierdzimy... Że powtórzę za recenzentem: jak można milkliwie pierdzieć?? W innym zresztą stwierdził, że nie wolno mu już pisać. Szkoda, że nie posłuchał sam siebie. Albo i nie szkoda, bo MET nie napisałby recenzji i o czym ja bym pisała pracę?
A poza tym to się popsuł fotel taty i mnie teraz przechyla na lewo. Jak napiszę lewy rozdział, to będzie na kogo zwalić :P

środa, 2 lipca 2008

mgr przed nazwiskiem - bezcenne?

A tak w ogóle to kolekcja moich własnych "brulionów" liczy obecnie sztuk 7, no i ten pożyczony też jeszcze przetrzymuję. W sumie 8 zeszytów z 23, jakie się ukazały, czyli trochę jakby nie za dużo. No i w związku z tym na ksero wydałam gdzieś tak w okolicy 100zł, do tego 2x po 17 zł z groszami za pociąg do O. i z powrotem. Ksero 100zł, bruliony coś koło 150zł, inne książki jakieś 50zł... Oprawa pracy w 3 egzemplarzach, wersja na płycie CD, zdjęcia, dyplom, dyplom po angielsku, kwiaty dla promotora i recenzenta... Trochę trzeba wydać, żeby zostać magistrem. A wtedy można już płacić za całe bilety w pkp i tramwaju.

no dobra, napiszę...

Niektórzy się skarżą, że nic nie piszę, to niech mają (pozdrowienia dla Wojtka K. :P).
Panika z przełomu marca i kwietnia zaowocowała tym, że już w czerwcu zaczęłam pisać na poważnie(j). Wszystko przez zakładowyścig z Piotrem Sz. ;) co prawda termin zakończenia wyścigu - i w założeniu skończenia pierwszej wersji CAŁEJ pracy - przesuwaliśmy już ze 3 czy nawet 4 razy, ale ciągle się ścigamy. Od kiedy zaczęliśmy całe dwa razy widziałam się z panią promotor, która nie dość, że przeczytane fragmenty zaakceptowała, to jeszcze wymyśliła ze 3 czasopisma, do których mam wysłać tekst (jak już skończę, oczywiście) w celu upublicznienia swoich "badań". A ja mam 2 i pół rozdziału plus wstęp, razem 4o stron. Jeszcze 20 i minimum wyrobione. Z tym, że coś mi się wydaje, że może wyjść ciut więcej... Rekord to chyba 6 stron jednego dnia. Ostatnio tempo jakby mniejsze, bo a to się okazało, że nie ma 10. numeru "brulionu" w całym Wrocławiu (tzn. regałów ludziom po domach nie przetrząsałam, może i ktoś we wro ma ten numer, w każdym razie nie czytelnie), a to Daga wychodzi za mąż i trzeba jej zorganizować wieczór panieński...
A z "brulionem" nr 10 była przygoda. Przygoda polegała na tym, że najpierw chciałam wysłać Dagę do Jagiellonki, potem Artura do Biblioteki Narodowej, w końcu wysłałam siebie ze Stiopą do biblioteki uniwersyteckiej w Opolu. BU w Opolu - brzmi dumnie. Szkoda, że w czytelni głównej nic nie załatwiłam, choć katalog tej czytelni zamieszczony w internecie informuje, że mają "mój" brulion u siebie. Nie, nie, nie. Mają w O., ale w Międzyinstytutowej Bibliotece Politologii, Socjologii, Filozofii w Collegium Civitas (CC to dopiero brzmi dumnie... żeby nie powiedzieć: pretensjonalnie). No więc poszliśmy tam, po drodze podziwiając wielką głowę Olbrychskiego w czapce z futra na ścianie akademika "Kmicic". Ciekawe, co powiesili na "Niechcicu"? I kto wymyślił tak durne nazwy dla akademików? No ale nic, mijamy Kmicica vel Babinicza i idziemy do Collegium Civitas. Czytelnia nawet łatwo znajdywalna. Wypisałam elegancko rewers, sygnatura się zgadza, wszystko cacy, tylko "brulion" w magazynie, a pani w czytelni sama jedna i nie może wyjść do magazynu zrealizować zamówienia, bo nie może zostawić czytelni samej. Ręce opadają ze świstem... Tyle dobrego, że obiecała mi, że jak wrócę za kilka dni, to zamówienie będzie na mnie czekać. I nawet nie skłamała. Jednak postanowiłam nie jeździć do Opola po próżnicy i zanim skorzystałam z usług PKP, zadzwoniłam do czytelni upewnić się, że mam po co korzystać. "brulion" był, ksero też i to nie za 40gr jak w BUWr, tylko 12gr za stronę A4. Cały trik polega na tym, że ksero jest samoobsługowe, a na polonistyce nie uczą obsługi maszyn biurowych. Chwilę potrwało, zanim wyczailiśmy ze Stiopą, jak się powiększa skalę kopii. Wpuścić humanistów do biura...
No i wycieczki do Opola tak mnie jakoś wybiły z rytmu, że tempo się zmniejszyło i trzeba się rozpędzić od nowa.

To by było na tyle.

poniedziałek, 31 marca 2008

ogólne blehhh...

czyli idzie jak po grudzie. Żenada. Jest 1. kwietnia, a ja mam 2 strony - wstępu. Czyli dziwnym nie jest, że pewnie nie wejdą potem do tego super dzieła. Bo jak wiadomo, wstęp się pisze na końcu.
Grr, zaczynam się na serio stresować. Śmichy-chichy i żarciki o prokrastynacji już chyba nie wystarczą. Trzeba się serio wziąć za tę robotę. Przestać zajmować się czymś "zamiast", jak np robienie dziwnych notatek z każdego numeru bL... Ech, trzeba iść w końcu do czytelni na dłużej i od deski do deski przeczytać wszystkie bL. Stanowczo nie starczy mi tych 3 własnych numerów plus jeden pożyczony od Wiktora Traktora.
Zaczęłam od zamówienia w BUWr poradnika, drugi Stiopa wynalazł na e-mulu... Oby mnie to do czegoś zmotywowało. Trzymać kciuki!

niedziela, 24 lutego 2008

witamy w nowej krainie

Skoro Aga wróciła z krainy papryki do kraju kwitnącego ziemniaka, czas chyba na nowy tytuł, nowy blog, nowy semestr, nową pracę magisterską ;) No właśnie, ten brudnopis będzie poświęcony zmaganiom Agi z "bruLionem", zobaczymy, co z tego wyjdzie... Miejmy nadzieję, że tytuł magistra filologii polskiej.